Tak, trafiliśmy na typowo wiejskie ogłoszenie, dosłownie.
Kiedy tylko zobaczyliśmy zdjęcie kociaka, wiedzieliśmy, chyba obydwoje czuliśmy, że "to jest TO. To ten jedyny kociak". Zauroczył nas od pierwszego wejrzenia i nie chodzi tu o jego umaszczenie, sam ogólny wygląd i młodość. To po prostu było "to coś".
Od razu skontaktowaliśmy się z Panią z ogłoszenia i jeszcze tego samego dnia zorganizowaliśmy dosłownie WSZYSTKO.
Zaraz po rozmowie telefonicznej, jak poparzeni uderzyliśmy na sklep zoologiczny. Wpadliśmy jak wariaci, zupełne oszołomy. Napadliśmy na Panią w sklepie z takim entuzjazmem, że sama za nami nie nadążała. W pięć minut, a może i nie, ogarnęliśmy miseczki, karmy, zabawki, kuwetę, żwirek no i transporter, który uważam za genialny zakup. Po zapłaceniu wypadliśmy ze sklepu z prędkością światła, bo osoba, która zgodziła się z nami pojechać, czekała już przed sklepem.
Po kociaka dotarliśmy w wieczornych godzinach. Było jasno, ale na szczęście nie grzało już nadmierne słońce. Na wstępie uderzył mnie jakże spodziewany widok wsi. Normalniej, raczej skromnej, ale nie zabitej dechami dziury. Nawet całkiem przyjemnej i ładnej.
podjechaliśmy pod podany adres domu, do którego zaraz zostaliśmy zaproszeni. To dobrze, bo gdyby kazali nam zaczekać na jakimś skrzyżowaniu, a sami chcieli przynieść tam kociaka, chyba uciekłabym w podskokach. Dlaczego? Bo to bardzo zły znak... Ale o tym napisze specjalny post.
Tutaj jednak zacznę od czegoś, dla mnie przykrego i zastanawiającego. Chociaż po wsi trochę się tego spodziewałam, zabolał mnie widok małego nieporządku. W powietrzu czuć było kurz. Nie chcę oceniać ludzi, ani mówić o nich z góry źle, ale nie jestem w stanie nazwać tego miejsca czystym. Było po prostu wyczuwalnie brudno. No ale cóż... Po chwili bardzo miła pani przyniosła nam naszego kociego wybranka. Był maleńki, nieco zaspany bo wyciągnęła go z posłanka. Był chyba taki jak się spodziewaliśmy. maleńki, uroczy i o dziwo bardzo spokojny. Panie okazały się bardzo miłe i widać było, że kochają swoje zwierzęta, nie mogę zarzucić im bycia dla nich złym. Niestety potem okazało się, że były jedynie trochę mało uświadomione, ale mimo to starały się przynajmniej.
Ostatecznie nie poznaliśmy historii skąd wziął się kociak, ale wyglądało na to, ze był wpadką, a kocięta nie powtarzały się więc sama nie drążyłam tematu. Oczywiście jeśli okazałoby się, ze jednak jest inaczej, a kontakt mamy dalej, pewnie zareagowałabym jak najszybciej.
Tak więc zapakowaliśmy się z kociakiem z powrotem do samochodu i wróciliśmy do domu.
Kociak bardzo dzielnie jak na młodzieńca, zniósł podróż. Równie szybko zaczął poznawać dom i nas. Zaledwie po trzech dniach zaczął się normalnie bawić i ganiać po domu.
Nazwaliśmy go Rengar i szczerze... To imię do niego pasuje. Szybko pokazał nam jakim jest typem kota. Okazał się bardzo żwawym, zabawowym kociakiem. Jest również bardzo towarzyski i uwielbia spać z nami w łóżku. Zauważyliśmy również, że towarzyszy nam przy wszystkim co robimy. Kiedy pracujemy w mniejszym pokoju, siedzi tam z nami cały czas, a kiedy idę do kuchni gotować, wskakuje na blat i obserwuje wszystko co poczynam.
To zdecydowanie jest TEN kociak.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz